Eurotrip dzień 12 – Albania

Posted Podróże duże

Dziewicza Albania! Wciąż nie zalana turystycznym potopem, nie skażona europejską standaryzacją! Przed podróżą wywoływała u nas różne, skrajne emocje – od dzikiej fascynacji po niepokój i strach przed tym, co tam zastaniemy. Bo tak naprawdę, nie bardzo wiedzieliśmy, czego od niej oczekiwać. Jeszcze dwa lata temu, w czasie, kiedy planowaliśmy nasz Eurotrip, na blogach podróżniczych o Albanii pisano niewiele, a jeśli już, to w kontekście wielkiej biedy, kiepskiego asfaltu i ortodoksyjnych muzułmanów. Wstyd przyznać, ale właśnie ze względu na nasze uprzedzenia zdecydowaliśmy, że Albania pozostanie jedynie tranzytem w drodze do Grecji. Paradoksalnie, to właśnie tam spotkaliśmy się z największą serdecznością i gorliwą chęcią niesienia pomocy podczas naszego Eurotripu.

Albania

ALBANIA

Waluta: lek
Język: albański
Wymagany paszport, do 90 dni pobytu niewymagana wiza
Co kupić na pamiątkę: haftowane obrusy, orientalna biżuteria

Zachłannie chłonęliśmy zapach porannej, morskiej bryzy, mając świadomość, że to już nasze ostatnie chwile spędzane nad Adriatykiem. Cieszyliśmy się, że wykorzystaliśmy je maksymalnie, nocując nad samym brzegiem morza w czarnogórskiej miejscowości Reževići. No może za wyjątkiem Dextera, dla którego nocleg tak blisko wody okazał się nie do końca trafnym pomysłem, bo sen naprzemiennie przerywało chrapanie T. w kompilacji z hucznym odgłosem fal uderzających o skały.

Czarnogóra Rezevici
Czarnogóra Rezevici

Niespiesznie zwinęliśmy namioty i wyskoczyliśmy jeszcze na chwilkę do baru. Lekko skacowany barman przygotował nam lemoniady i kawę. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę w cieniu skał, żegnając wzrokiem lazur Adriatyku, który przez ostatnie kilka dni był obiektem naszego zachwytu.

Czarnogóra Rezevici

Ostatnie widoki na morze

Czarnogóra Rezevici
Czarnogóra Rezevici

Zajechaliśmy do pierwszego napotkanego lokalnego marketu, żeby zrobić zakupy na śniadanie. Kolejka do kasy była niemiłosiernie długa, za to otrzymaliśmy okazję zapoznania się z parą naszych rodaków, którzy podróżowali po Bałkanach… autostopem! Opowiedzieli nam o swoich przygodach i uspokoili nieco w naszych obawach odnośnie podróżowania przez Albanię. Sami mieli prędzej podobne odczucia co do Serbii i Kosowa, ale przejeżdżając przez nie spotkali się z niezwykła gościnnością i otwartością tamtejszej ludności.

Tuż przy granicy z Albanią zatrzymaliśmy się jeszcze w restauracji, aby zatankować paliwo, trochę podjeść i załatwić swoje potrzeby. Chcieliśmy pozbawić się pretekstu do zatrzymywania się na trasie. Docelowym pierwszym przystankiem miała być granica z Grecją.

Tuż po przekroczeniu granicy na usta cisnęło nam się jedno emocjonalnie sformułowanie, które towarzyszyło już nam do końca naszej trasy po Albanii: „Co tu się k*a dzieje?!” Początkowo w planach mieliśmy przejechać cały kraj ciągiem, bez zatrzymywania się, (byle do Grecji), ale po tym, jak zaraz po przekroczeniu granicy nasze auto otoczyła chmara Cyganów, postanowiliśmy dodatkowo przejechać Albanię POSPIESZNIE! Niczym celebryci przejechaliśmy przez tłum, w którym grupa nachalnych fanów wciska ręce przez szyby samochodu.

Jeżdżąc po drogach Albanii czuliśmy się bardzo swojsko – dziury takie jak w Polsce (no może nie zdarzają się u nas tak często na autostradzie fragmenty bez asfaltu…). W dodatku na trasie co 300 metrów na przemian myjnie i stacje benzynowe. Co ciekawe, te drugie nazwą lub logo nawiązywały do znanych powszechnie w Europie stacji. Uprzedzając pytania – nie ryzykowaliśmy tankowaniem albańskiego paliwa, poważnie obawiając się o jego jakość.

Taka przykładowa podróbka stacji Eko

Albania

Zero fotoradarów, za to policja na każdym kroku. Staraliśmy się nie dawać im pretekstu do zatrzymania, bo przypuszczaliśmy, że wiązałoby się to z wręczeniem jakiejś łapówki liczonej w „ojro”.

Na całym Eurotripie tak się nie bałam, jak jeżdżąc po Tiranie. Brak znaków drogowych, piesi przechodzący przez ulicę, gdzie im się podoba, wymuszanie pierwszeństwa, jazda pod prąd i na czerwonym świetle… Ze zdziwieniem obserwowaliśmy, jak z dwupasmówki robią się nagle cztery pasy! I ze wszystkich stron huczą klaksony! Odnieśliśmy też wrażenie, że Albańczycy porozumiewają się między sobą w jakimś niezrozumiałym dla nas języku trąbiących aut. Jazda po Tiranie to było istne GTA, tylko że w wersji live. Dobrze, że T. lubi „dynamiczną jazdę”.

Albańczycy przechodzą sobie przez ulicę, gdzie im się podoba.

Albania

W Tiranie nie było nic nam znajomego z poprzednich stolic Europy. Odnieśliśmy wrażenie, że jest to miasto kontrastów i paradoksów – między oszałamiającą biedą pojawiał się onieśmielający przepych. Walące się ruiny kontrastowały z nowoczesnymi biurowcami, konie i osły przechadzały się po centrum stolicy! Biedne domy, pełno bezpańskich psów grasujących beztrosko na drodze, za to bardzo życzliwi ludzie, którzy, jak się o tym później przekonaliśmy, potrafią bezinteresownie pomóc.

Koniki i osiołki pasące się na osiedlu w samym centrum Tirany.

Albania
Trochę stołecznej architektury

Albania
Albania
Albania
Chociaż mnie najbardziej urzekły liczne zameczki lub domy budowane na kształt zamków.

Albania
Albania
Albania

Jak się potem dowiedziałam, Albania nie jest stricte muzułmańskim państwem. Islam wyznaje niecałe 60% ludności kraju, a ortodoksyjni muzułmanie stanowią mniejszość. W rzeczywistości Albania jest państwem o dość dużej tolerancji religijnej, o czym przekonaliśmy się, spotykając na drodze symbole wielu wierzeń.

Albania
Albania
Albania

Kilkadziesiąt kilometrów po opuszczeniu stolicy, kierując się wskazówkami naszego GPS-a, wjechaliśmy na wysokie pasmo górskie. I tak jechaliśmy wciąż w górę i w górę, wystraszeni niekończącą się wysokością, która dochodziła do 900 m n.p.m., mając po obu stronach przepaść zamiast pobocza. Jak się potem okazało, istniała alternatywna trasa przez tunele, jednak droga musiała być najwidoczniej niedawno wybudowana, bo nasz staruszek-nawigator nie miał jej w swojej bazie.

Albania
Albania
Albania
Albania
Albania
Albania

Pamiętam, jak jeszcze przed wyjazdem nasi znajomi opowiedzieli nam historię ich kolegi, również odbywającego podobną wycieczkę po Bałkanach. Ów koledze zepsuło się w Albanii auto i finał problemu był taki, że ściągał lawetę z Macedonii, aby odholować auto do Grecji. Czy jakoś tak. Cała ta sprawa z zepsutym autem kosztowała go o wiele więcej niż wycieczka! Wyobraźcie sobie moje przerażenie, gdy podjeżdżając pod jedno z licznych wzniesień, moc naszego silnika zaczęła spadać i spod maski zaczął unosić się dym. Szczęście mieliśmy akurat szerokie pobocze i resztkami sił auto zajechało w bezpieczne miejsce. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Nikt z nas nie znał się na tyle dobrze na samochodach, żeby zdiagnozować auto. Wydawało się, że jedynym naszym ratunkiem będzie zadzwonienie do ubezpieczyciela. Ciśnienie poniósł nam fakt, że pod nasze auto zajechała grupa młodych Albańczyków. (już w obawie przed kradzieżą chowałam aparat w bezpiecznie miejsce). Chłopcy ruszyli w naszą stronę z pytaniem „Do you need help”? Wytłumaczyli nam, że jeden z chłopaków był mechanikiem, w co ciężko było uwierzyć, biorąc pod uwagę jego młody wiek. Nie mieliśmy jednak wyboru, jak im zaufać. Chłopcy poskrobali coś pod maską, postukali, przekomarzając się co jakiś czas w niezrozumiałym dla nas języku. Po paru minutach kazali nam odpalić auto. Zaskoczyło! Albańczycy wyjaśnili nam, że padło nam chłodzenie i jeżeli będziemy dalej podróżować w upałach po górzystych trasach, silnik może zagrzać się na dobre.

Wypompowałam się już całkowicie z podarunków, jakie przywiozłam z Polski dla obdarowywania ludzi, którzy przysłużą się nam pomocą (tyle było takich sytuacji…), a chciałam jakoś podziękować chłopcom, więc wręczyłam im butelkę chorwackiego wina, które kupiliśmy na swój użytek. W duchu liczyłam, że nie są muzułmanami, a jeżeli już, to nie mają nic przeciwko picu alkoholu, gdy „Allah nie patrzy”. Chłopcy zapraszali nas na imprezę, na którą się właśnie wybierali, ale byliśmy tak zmęczeni i przygnębieni sprawą samochodu, że chcieliśmy jak najszybciej dojechać do Grecji.

Dochodziła godzina 23.00, gdy przekraczaliśmy granicę. Staliśmy w długiej kolejce podczas odprawy, gdyż każdy samochód był skrupulatnie sprawdzany, czy nie przemyca się w nim jakiś Albańczyków. Obawialiśmy się tego przeszukiwania, nie dlatego, że mieliśmy jakiś szmugiel na sumieniu, ale w przypadku, gdyby wyrzucili wszystkie nasze rzeczy z bagażnika, czekałoby nas kilkanaście minut ponownego pakowania. Na szczęście odprawiająca nas Greczynka wykazała się wyrozumiałością i rzuciła tylko okiem na zawartość bagażnika.

Będąc już w Grecji, długo szukaliśmy miejsca na nocleg. Liczne przydrożne znaki informujące „Uwaga na wilki i niedźwiedzie” zniechęcały nas do nocowania na odludnym terenie. W końcu zajechaliśmy na posesję jakiejś fabryki i chłopcy przy akompaniamencie ujadania psów rozbili mały namiot, a ja zamknęłam się szczelnie w samochodzie. Psy szczekały jeszcze długo po tym, jak ułożyliśmy się do snu, ale byliśmy tak wymęczeni emocjonującym dniem, że było nam wszystko jedno.

* * *

Nasza pechowa przygoda z autem i jej szczęśliwy finał uzmysłowił nam, że nie należy bać się nieznanego i ulegać stereotypom. Żałujemy, że przez nasze obawy i uprzedzenia, nie zdecydowaliśmy się gruntowniejsze poznanie Albanii, która tak silnie kontrastowała z tym, co do tej pory widzieliśmy. Paradoksalnie – największą bezinteresowną pomoc w podróży okazano nam właśnie w tym „dzikim kraju”, a jedyna kradzież, jakiej kiedykolwiek doświadczyliśmy, miała miejsce w Polsce. Tak więc nie pozostaje mi nic innego, jak sparafrazować znane przysłowie i rzec: „cudzego się boicie, a swojego nie znacie”.

 

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny, podziel się nim z innymi.
Pozostań też z nami w kontakcie:
– Polub nasz fanpage na Facebooku, a będziesz na bieżąco z najnowszymi artykułami i ciekawostkami z naszych podróży
– Śledź nas na Instagramie. Znajdziesz tam ciekawe rękodzieła, wartościowe książki i relacje z miejsc, w których bywamy

Reklama




Jestem na Instagramie!

 "Mogłabym tu mieszkać!" Te. już przewraca oczami na te moje wyznania, które padają za każdym razem, gdy widzę jakieś piękne miejsce. A oboje wiemy, że trudno byłoby mi opuścić na stałe Polskę, w której się urodziłam, mam rodzinę i znajomych. Bardzo się cieszę, gdy podczas podróży mam okazję porozmawiać z lokalnymi mieszkańcami, a już w ogóle z Polakami na emigracji, którzy porównują zastałe realia z tymi w Polsce. Na Bornholmie miałam przyjemność poznać Polkę mieszkająca 6 lat w Danii. Wymeczyłam ją pytaniami o to, jak się żyje w tym "raju". Zaskoczyła mnie melancholia w jej głosie i wyznanie, że próbowała wrócić z dziećmi do kraju, ale tęsknota za mężem, który pozostał w Danii ze względu na pracę, zmusiła ja do powrotu.  Po takich relacjach bardziej doceniam swoją rolę gościa w odwiedzanych krajach, a teraz trzy razy się zastanowię nim klepnę "chciałabym tu zostać". Bo co, jeżeli się spełni? (Zapłaczę się za Bydzią ) #etam #bydgoszczlepszanizbornholm #bornholm #hasle #dania #denmark #bornholmonbike #travelonbike
 Na kilka dni przed wyruszeniem w naszą podróż na Bornholm z zapartym tchem śledziłam prognozę pogody. W tym przypadku najistotniejsza była kwestia, którą zazwyczaj ignoruję sprawdzając stan pogody na najbliższe dni. To siła wiatru. ️ W dniu wypłynięcia na lądzie miało wiać ok 35 km/h. Wiecie, co to oznacza na pełnym morzu?  Pewnie nie zdajecie sobie sprawy, że taka Zawadiaka, która przejechała dziesiątki tysięcy kilometrów samochodem, może cierpieć na chorobę lokomocyjną. A jednak ☺️ W dzieciństwie nikt mi nie wróżył kariery podróżniczej. Na sam zapach benzyny robiło mi się niedobrze a na lekcji wf-u byłam zwolniona z wykonywania ćwiczeń, w których wymagane było kręcenie głową.  Podróżowanie z Te. podleczyło mnie z tej przypadłości, jednak przeczuwałam, że na bujającym się statku może nie być lekko. Czy rzeczywiście bujało? Katamaranem miotało jak szatan, a dla mnie, tuż obok porodu, były to najdłuższe godziny życia. Dałam z siebie wszystko. Dosłownie Jednak niektóre kobiety po porodzie decydują się na drugie dziecko, a ja, wiedząc, co może mnie spotkać na morzu, zdecydowałabym się płynąć jeszcze raz. Bo Bornholm zasługuje na ponowne odwiedziny. Spowiadam się z tej mojej kiepskiej przypadłości, żeby uzmysłowić wam, że da się i warto czasem zacisnąć zęby, gdy problemu nie da się przeskoczyć. Nie szukajcie wymówek, bo wiele wspaniałości może was w życiu ominąć! P.S. Już wiadomo, że wilk w moim logo nie jest wilkiem morskim  #bornholm #sandvig #bornholmonbike #noszerazykilka #zawadiaka #dania #denmark #travelonbike
 Jeszcze trochę bornholmskiego SPAMu #bornholmonbike #bornholm #denmark #dania #noszerazykilka #zawadiaka
 Mam taki niepozorny zeszyt, w którym zapisuję cele do osiągnięcia. Właśnie "cele" , nie "marzenia", bo to właśnie do celu się dąży i osiąga. Listę aktualizuję co roku, bo na niektórych punktach przestaje mi po pewnym czasie zależeć. Pozycją skrupulatnie przepisywną była "wycieczka rowerowa po Bornholmie". Ten punkt będę mogła już wykreślić z zeszutu  Co istotne, odkrywam Bornholm w towarzystwie bliskich mi ludzi i to potęguje satysfakcję z osiągniętego celu! A jak u was z osiąganiem wyznaczonych sobie celów? Spełnienie których dało wam najwięcej satysfakcji? #bornholm #ronne #bornholmonbike #noszerazykilka #zawadiaka #denmark
 Ostatnie weekendy zapełniły nam rowerowe treningi. Hartujemy cierpliwość i wytrzymałość Miszki, bo czeka nas niebawem spora trasa do pokonania  Zaczęliśmy od 20, potem 30 km, a wczoraj pokonaliśmy aż 40 km, jadąc do miejscowości Samociążek! Misza na szóstkę! Jesteśmy pewni, że mały poradzi sobie w zbliżającej się podróży.  Natomiast zobaczymy, jak rodzice poradzą sobie organizacyjnie, bo jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę...  #rower #dzieckonarowerze #travelonbike #poland #bike #biketravel
 Rozbicie piniaty jest często punktem kulminacyjnym dziecięcej imprezy. Dlaczego warto zrobić piniatę samodzielnie? Bo jest to łatwe, tanie i nie wymaga wybitnych zdolności artystycznych – jedynie wytrwałości i fantazji. W dodatku, jeżeli zaangażujecie w pracę dzieci, zyskacie kilkadziesiąt minut świętego spokoju. Sami widzicie, że się opłaca  Wskazówki, jak zrobić piniatę o niestandardowym kształcie znajdziecie na blogu! ➡️Link w BIO⬅️ #piniata #piñata #pinata #birthdaypinata #birthday #urodzinydziecka #urodziny #diyproject #diy #handmade #zrobtosam #rekodzielo #rękodzieło #angrybirds #noszerazykilka #zawadiaka #angrybird #angrybirds #angrybirdspinata
  • metisse

    Dobrze, że auto dało radę! Ryzyko było, ale za to jakie widoki Was czekały na szczycie 😀 Piękne!

    • Żeby było śmieszniej, teraz to najczęściej wspominany przez nas moment podróży. 😀